u/ArturZmyslony

Kwiaty, kwiaty, kwiaty

Na parapecie stał kwiatek w doniczce. To dlatego Moryś wzruszył się pierwszy raz od dnia pogrzebu.

W tym mieszkaniu nie był od miesiąca. Puste było i ciche, w kątach czaił się kurz i pająki, w powietrzu unosił się już tylko zapach książek. I dopiero, gdy Moryś zobaczył ten kwiatek na parapecie, uschnięty już wprawdzie, ale nadal pyszniący się w ręcznie malowanej doniczce, strach złapał go za gardło. Nie pozwolił sobie jednak; zmarszczył brwi i zacisnął pięści, paznokcie wbite w dłonie. Łzy przestały piec w oczy.

Elizie zawsze przynosił kwiaty. Nie, żeby bardzo chciał. Po prostu inaczej się nie dało. Eliza była taką dziewczyną, że trzeba było ubierać ją w kwiaty, bez kwiatów bladła i zamierała w bezruchu.

Zimą ukradkiem odłamywał odnóżki z doniczek u babci w domu, chował czule pod kurtką i przemycał w cieple swej własnej chudej piersi; jechał autobusem, sprawdzając czujnie zgrabiałą dłonią, czy aby wciąż jest cały. Albo pod czapką - mróz czy plucha, a on świecił gołą głową i czerwonymi uszami prawie dwa metry nad ziemią.

Ale wiosną - wiosną! - dopiero zaczęła się zabawa. Najpierw ukradł krokusy z ronda Waszyngtona. Ziemia między palcami, żółte środki kwiatów oślepiły go, jakby żaden inny kolor nie istniał przez całą zimę. "Idiota!" ktoś wrzasnął na niego z tramwaju, bo Moryś nie znał przepisów drogowego ruchu. Ale machnął tylko ręką - kiedy indziej to by może w mordę dał, ale nie z krokusem w garści przecież. Stokrotkami ją obsypał w Skaryszaku. Stokrotki za uszami, we włosach stokrotki, w kieszeni dżinsów także. Mleczy nazbierał pod blokiem na trawniku, widział ją w żółtym wianku na głowie, mój Boże, jak pięknie, ale przecież połamałby sobie te kościste palce, gdyby próbował zapleść wianek z kwiatów. Wręczył jej więc całe naręcze bez słowa, gdy tylko otworzyła mu drzwi. Wtedy Eliza pocałowała go po raz pierwszy, pachniała fiołkami, Moryś zwariował. Jej plecy pod jedwabnym szlafrokiem w peonie były dokładnie takie, jak Moryś sobie to wyobrażał, jak płatek dzikiej róży. Bał się jej niemal dotknąć swoimi niezgrabnymi rękami, kanciastymi ustami mógł jej poharatać policzki, mógł ją zgnieść i zmiąć jednym niezręcznym ruchem, swoim topornym, zgarbionym ciałem, gotowym wiecznie do walki. Ale tak się nie stało. Więc w maju łamał tylko gałązki bzu - biały, różowy, fiolet z mlekiem, kiście duszącego zapachu w szklankach, w słoikach, w wazonach, cała sypialnia Elizy usiana bzem. Eliza płacze, bo jest szczęśliwa, zawsze tak robi - jej zielone oczy są mokre, promienieją światłem, zapewniają Morysia, że wszystko jest dobrze. Tulipanów nie kradł - tulipany babcia pozwoliła zebrać w ogródku. Różowe, dziwne, o rozchylonych papuzich płatkach, mdlejące z gorąca. I znowu doniczki - zielono, dużo zielonego potrzeba było Elizie, więc doniczki na parapetach, na półkach z książkami, na lodówce w kuchni i na podłodze - te duże. Skórzaste, chłodne liście, sprężyste łodygi, wiotkie pnącza spływające gładko po meblach. Kaktusy nawet - małe, bulwiaste, brzydkie, śmieszne. Eliza tylko kaktusom nadawała imiona. To dlatego, że były takie bezceremonialnie surowe. Rogate jak Moryś.

Z jesienią przyszły tylko wrzosy i ich smutne, suche kwiatki. Eliza umarła i Moryś był bardzo zdziwiony, jak wiele brzydkich, nieprawdziwych kwiatów ludzie przynieśli na jej pogrzeb. Ohydne koszmary, spowite czarnymi wstęgami. Moryś nie mógł na nie patrzeć. Sam nie przyniósł kwiatów. Wydało mu się to okropnie niestosowne. Patrzył tylko zazdrośnie na zapomniany nagrobek tuż obok, zarosły gęsto bluszczem. Marzył o bluszczu, wyobrażał sobie, jak kiełkuje pod jego stopami, oplata jego kostki i patyki nóg, sięga łakomie do jego brzucha i pnie się do ramion, wychodzi gardłem i łaskocze w uszy; na końcu przykrywa litościwie jego twarz i oczy. Łączy go jak głóg z jego Izoldą. Ale pod powiekami zamiast łagodnych liści był tylko piasek, a Moryś nie zapłakał tego dnia ani razu. Noce natomiast rozpływały się w nieskończoność, słoną i krwawą. Moryś znów się bił.

I teraz przyszedł do niej do domu, bo tak należało - porządnie pożegnać się po raz ostatni. Wszystko zabrali, oprócz tego ostatniego kwiatka z parapetu. Moryś popatrzył za okno i zapalił papierosa - no, bo skoro to już ostatni raz... Tramwaje przyjeżdżały i odjeżdżały z tłumionym dzwonieniem, na ulicy było żółto, jak to w październiku, nawet słońce świeciło. I ponieważ nikt go nie widział, Moryś jednak zapłakał, po raz pierwszy w życiu za dnia. Nad sobą, nad tym, że nie będzie już wiosny i nad tym, że Eliza nie poszła do Nieba.

czerwiec 2018

reddit.com
u/ArturZmyslony — 6 days ago