Przebranżowienie po trzydziestce: inżynier, który chce wejść w dane — sensowny plan czy mrzonka?
Mam 32 lata. Jestem inżynierem konstruktorem (mechanika), pracuję w tym ~3,5 roku. Technicznie ogarniam robotę i lubię analityczne myślenie, ale trafiłem do małej, niestabilnej firmy, zarabiam ~7000 zł netto i szczerze nie widzę tu dla siebie przyszłości. Od dłuższego czasu myślę o zmianie kierunku i mam już coś konkretnego na oku.
Szukam trzeźwych opinii i doświadczeń, nie motywacyjnych sloganów.
1) Kierunek — dane, czy zostać przy tym, co umiem?
Ciągnie mnie w stronę analizy danych. Mam głowę do analizy, bawię się po godzinach Pythonem i AI, ale rynek juniorów jest przesycony. Wychodzi na to, że najsensowniej byłoby wejść bokiem — jako analityk w przemyśle/produkcji, gdzie inżynierskie tło jest atutem, zamiast startować jako „kolejny junior po kursie". Druga sprawa to że lubię miec kontakt z ludzmi i optymalizowac, usprawniac działanie w firmie.
2) Nauka i domykanie
Bawię się Pythonem po godzinach, ale mam problem z kończeniem — łapię dużo tematów naraz i tracę impet.
3) Finanse
Pociąga mnie swój biznes, ale sprzedawanie siebie to moja najsłabsza strona — doszedłem do wniosku, że nie tędy droga.
4) Cel finansowy i rodzina
To może być kluczowy kontekst: myślę poważnie o rodzinie w perspektywie kilku lat. Szukam zawodu, w którym za 5 lat realnie zarobię ok. 12 tys. netto. Nie chcę zmieniać tylko dlatego, że mi się nudzi — chcę zmieniać z głową, pod konkretny cel: spokojne utrzymanie rodziny bez ciągłego stresu o pieniądze. I to zmienia mój horyzont — nie szukam „fajnej pracy", szukam zarobkowej ścieżki z określonym pułapem w realnym czasie.
TL;DR: 32 l., inżynier konstruktor (~7k netto), chcę przejść w analizę danych — wejście przez przemysł, żeby doświadczenie grało na plus. Cel: 12k netto za 5 lat, żeby spokojnie utrzymać rodzinę. Szukam doświadczeń po podobnym przeskoku i trzeźwej odpowiedzi: czy to realne w tym czasie i od czego zacząć?