Długie nogi
Czułem smutek, mimo że myślałem, iż będzie łatwiej. Naprawdę wierzyłem, że nic nie poczuję. Okazało się, że się myliłem.
I szczerze mówiąc, to nawet nie jest smutek. To złość. Złość na samego siebie za to, jaki jestem. Za to, że nie potrafię żyć w spokoju. Że nie potrafię zbudować czegoś trwałego z jedną kobietą. Dlaczego? Może dlatego, że powiedziała mi, iż uważała mnie za tego jedynego – ostatniego.
To mną wstrząsnęło. Mną – tym „twardzielem”. Mną – facetem, który całe życie wmawiał sobie, że nie czuje bólu. Że nic go nie rusza. Że zawsze idzie dalej. To bzdura. To tylko maska, którą noszę od lat. Udaję kogoś takiego przed innymi, a czasem nawet przed samym sobą.
Bo prawda jest taka, że jednak coś czuję. Tyle że nie od razu. Nie wtedy, kiedy powinienem. To przychodzi później. Kiedy wszystko cichnie, kiedy zostaję sam na sam z własnymi myślami. Wtedy to wszystko wraca. Każde słowo, każda chwila, każda zmarnowana szansa. I boli bardziej, niż gdybym po prostu pozwolił sobie to poczuć w tamtym momencie.
Najgorsze jest to, że ona naprawdę byłaby dobrą kobietą. Naprawdę dobrą. Kimś, przy kim można zwolnić, przestać na chwilę walczyć z życiem. I może właśnie to boli najbardziej – nie to, że odeszła, ale fakt, że mogłem mieć u boku kogoś wartościowego, a mimo to nie potrafiłem tego utrzymać.
A teraz siedzę tu z tą złością na samego siebie, bo po raz pierwszy od dawna nie potrafię sobie wmówić, że nic się nie stało. Coś się jednak stało. I cholera… to chyba bolało bardziej, niż chcę przyznać.