Taras
Działo się to na początku trzeciej dekady XXI wieku, w drugim roku chińskiej zarazy, która sparaliżowała cały świat. Był to okres dziwny, trudny, ale i pod wieloma względami fascynujący, kiedy patrzy się na niego z perspektywy czasu.
Rok wcześniej, w szczycie pierwszej fali ogólnoświatowej pandemii, w środku lockdownu z którym nikt nie potrafił się sensownie zmierzyć, straciłem pracę. Były to na szczęście kłopoty przejściowe, bo szybko znalazłem nową. Jej charakter oraz fakt, że lockdown był na zmianę to luzowany to zaostrzany i nikt nie potrafił odnaleźć grama sensu w tym wszystkim sprawiły, że na stałe zacząłem pracować z domu.
Wstawałem rano i o siódmej logowałem się do firmy, poświęcając poranek i przedpołudnie na pisanie technicznych dokumentów i redagowanie najróżniejszych rzeczy. Od późnej wiosny aż do jesieni pracowałem wtedy na zadaszonym tarasie nad garażem, gdzie rankiem było chłodno, zaś w południe nieznośnie duszno i gorąco. Dom, w którym wtedy mieszkaliśmy, stał nad rzeką – wystarczyło przejść przez ulicę, wspiąć się po wyłożonej betonowymi płytami rampie i już było się na szczycie wału przeciwpowodziowego.
Była to okolica spokojna. Chociaż znajdowała się praktycznie w centrum miasta, lecz dom stał w starej dzielnicy, mało modnej, przed wojną zamieszkanej przez Żydów i proletariacką biedotę rekrutującą się z fizycznych pracowników leżącej na drugim brzegu rzeki fabryki papieru i ze służby pracującej w willach bogaczy z sąsiedniego letniska.
Oczywiście wojna była dawno temu, Niemcy wywieźli wszystkich Żydów na śmierć a obszar został na nowo zasiedlony. W początkach XXI wieku stały tu samodzielne domy jednorodzinne, otoczone mniejszymi lub większymi ogrodami. Nasz ogród należał do tych dziwnych, nieco absurdalnych. Był wąski, długi i trójkątny i zagospodarowanie go stanowiło zawsze trochę kłopot a trochę żart. Sąsiadów mieliśmy niewielu – dwie posesje po drugiej stronie ulicy, tuż przy rzece, jeden dom współdzielący boczną ścianę. Na końcu zaś ogrodu, okolona skręcającą brukowaną ulicą była, koszona raz na jakiś czas, niewielka łączka.
Trójkątny teren otaczał od strony ulicy szpaler żywotników, przechodzący w najwęższym wierzchołku trójkąta w kępę trzech sosen. Prócz ich rosły u nas dwie wierzby, hydrangea, lilak, kilka karłowatych jałowców, zaś parkan porastały dwa rodzaje dzikiego wina, milin i bluszcze. U sąsiadów, podobnie, królowały żywotniki, te miejskie hybrydy będące jednocześnie namiastką odległej ściany lasu i lepszą wersją ekranu dźwiękochłonnego. Na przeciwnej posesji rosła jodła, obok dwa wysoko podcięte modrzewie, dalej jeszcze lipa o drobnych listkach, przy samej ulicy niedaleko łączki włoski orzech, zaś za rzeką wysokie, strzeliste topole.
Prócz tego na ogrodach pleniła się bujnie mięta, kwitły różane krzaki, magnolie, słoneczniki, żabienica, trawę przerastał mech, stokrotki, konwalie i gdzieniegdzie niezapominajki. Był to odciska palca matki natury w samym sercu miasta, bo ledwie czterysta metrów dalej przez most biegła droga wojewódzka łącząca satelicką aglomeracyjną sypialnię ze stołecznym molochem. Pośród tego wszystkiego stały piętrowe domy jednorodzinne o czerwonych, bordowych i brązowych dachach krytych dachówką ceramiczną i blachą. A w ogrodach mieszkały ptaki.
Małe, zwinne wróble o których na przełomie wieków mówiło się, że są w wielkim odwrocie uwijały się po podjazdach i ogrodowych ścieżkach wydziobując ziarna ze świeżo obsianych trawników i skalniaków i nic sobie nie robiąc z kotów, które buszowały swobodnie po ogrodach, zaglądając do cudzych okien z niskich parapetów. Konkurowały przy tym z tłumnie przybywającymi mazurkami, swoimi ekspansywnymi, masywniejszymi kuzynami. Błękitne, cytrynowe i siwe sikory uwijały się w locie, zasiedlając wiszące na drzewach i parkanach budki lęgowe, ukryte za szpalerami tuj i jałowców. Monochromatyczne pliszki podskakiwały kiwając ogonkami i wyszukiwały pożywienie na bruku przy wąskich pasmach trawy rosnących między ulicą a parkanami domów. Sporadycznie zalatujące szpaki interesowały się głównie słonecznikiem i obsiadały tłumnie orzechowiec, aby potem poderwać się z furkotem i polecieć na wschód, ku ujściu rzeki. Jaskółki krążyły wysoko po niebie, zniżając lot tylko, kiedy nadciągały burzowe chmury, zaś nocą ustępując miejsca nietoperzom. Pewnej wiosny dni poczęły się budzić z głośnym, jakby wyzywającym “czek czek” małej pokrzewki, która się na nasz ogród sprowadziła wraz z ustąpieniem zimy i nietypowo dla tego gatunku wysiedziała jaja w żywotniku.
Zalatywały tam zimą dzięcioły, zwabione tłustym ziarnem i słoniną. Zaglądały rozwrzeszczane sójki, które jednak upatrzyły sobie na swój teren raczej uzdrowiskowy park po drugiej stronie rzeki i za drogą wojewódzką. Na modrzewiu rok po roku gniazdo budowały sierpówki, przypominając mi dzieciństwo w domu rodzinnym, gdzie również te właśnie ptaki gniazdowały w rosnących przy domu modrzewiach i takimi samymi odgłosami pozdrawiały się przez cały boży dzień. Przesiadywały także parami lub samotnie na drutach energetycznych i biegnącym napowietrznie kablu światłowodowym, pogruchując i obserwując swoich udomowionych kuzynów, tłoczących się w stojącym za łączką gołębniku, u stóp którego rozpościerał się wybieg kurnika. Dzikie i domowe gołębie łączyły się czasem w locie nad okolicą, a sporadycznie jeszcze polatywały przy nich miejskie – te połyskliwe, tłusto odkarmione synantropy żerujące na znajdującym się za śluzą na rzece blokowisku.
Na samej rzece zaś prym wiodły krzyżówki, które rozpleniły się niezwykle, a mając dobre warunki i ciesząc się ludzką przychylnością przestały nawet odlatywać na zimowiska. O prymat z nimi nie walczyły nawet majestatyczne, białe łabędzie o jaskrawo pomarańczowych dziobach. Czasem jedynie dochodziło do spięć między krzyżówkami, łyskami i kurkami wodnymi, sporadycznie też do walk o rzucane ziarno i chleb włączały się czarnołbe rybitwy. Jesienią słychać było wysoko na niebie płynący klangor przelatujących na zimowisko gęgaw. To było jednak ptactwo rzeczne, wodne, trzymające się korytarza ekologicznego małej drugorzędowej rzeczki, rozdzielającej miasteczko na osobne światy. W ogrodach na jej zachodnim brzegu uwijał się śpiewający ptasi drobiazg, kruszyny szare, bure, żółte, stalowe, błękitne.
I my i dzieci cieszyliśmy się zawsze obfitością tego ptasiego życia. Sypaliśmy ziarno, od wzrastających słoneczników odganialiśmy towarzystwo bez specjalnego zapału, zimą wywieszaliśmy słoninę, tłuste zbożowe kule i obtoczone w nasionach i pestkach patyki. Wiosną czyściliśmy zawsze ptasie budki – i te dla sikor i te dla jerzyków, zawieszone wysoko pod okapem dachu, wyżej niż napowietrzny światłowód. Obserwowaliśmy jak uwijają się, z owadami w dziobach, jak furkocząc skrzydłami polatują przez ogród, jak skikają przechylając główki po ścieżce od domu ku furtce, gdzie stała miseczka z ziarnem i druga, większa, płytsza z wodą, do której włożone były kamienie, aby także zalatujące na ogród pracowite pszczoły uwijające się wokół kwiatów milinu i magnolii mogły z niej skorzystać. Patrzyliśmy jak roją się z tuj wróble, jak wyfruwają z budek małe sikory, jak kryje się na okiennym parapecie niedorosła gajówka. Życie, jak zawsze, znalazło sposób i znalazło swoje miejsce.
Był początek upalnego lata drugiego roku zarazy, kiedy się w to całe rozśpiewane, rozświstane, rozćwierkane, rozświergolone, pogruchujące i pokrzykujące towarzystwo wdarł wróg.
Obserwowałem wszystko na bieżąco ze swojego domowego biura. Kryty blachodachówką, szeroko przeszklony taras na pierwszym piętrze gdzie stało moje biurko, monitory, komputery, drukarka 3D, rozłożona na sztucznej trawie kolejka H0 i zapomniana komoda z Ikei napakowana farbami modelarskimi i niesklejonymi modelami Jaków stał się moim gabinetem i pokojem zabaw. To tutaj w godzinach pracy opisywałem implementację parametrów w funkcjach edytora i redagowałem informacje o wypuszczeniu najnowszych wersji produktów, wieczorami zaś wymyślałem dziwne perypetie czarnobrodego króla– pirata Godara pośród południowych sawann lub mrożące krew w żyłach przejścia szeryfa Foresta Dunctona z Nowego Roanoke na rdzawej równinie u stóp gór. Wielkie przesuwne okna obejmowały połowę tarasu i kiedy się stanęło w rogu widać było całą okolicę – od zakrętu opadającej od tego miejsca ku rzece ulicy, przez ogrody sąsiadów, zarówno tych z naszej jak i z przeciwnej strony, aż po łąkę za którą stały kurnik i gołębnik i zasłaniający rzekę wał przeciwpowodziowy. Widać też było doskonale szpaler topoli na drugim brzegu i gdzieniegdzie za nim prześwitujące dachy jednorodzinnych domów ekskluzywnego osiedla.
Cały nasz ogród, z domem stojącym w jego rogu, mogłem łatwo ogarnąć wzrokiem z tej wysokości obracając głowę o jakieś 120 stopni. Blaszany, obity od dołu zabejcowanymi listwami dach słabo chronił przed upałem, a jeszcze gorzej izolował dźwięk. Kiedy więc po blachodachówce przebiegł kot lub wylądował na niej gołąb – wszystko to rozlegało się niczym echem nad moją głową. Kiedy rozsunąłem jedno lub dwa okna, wtedy w zasadzie widziałem i słyszałem wszystko, co się działo nie tylko na ogrodzie ale i w całej najbliższej okolicy. W nocy, kiedy zapalała się LEDowa latarnia, dodatkowo mogłem podziwiać nieco powyżej linii wzroku gigantyczne misterne pajęczyny rozciągnięte przez pracowite krzyżaki między słupem a kablami energetycznymi i światłowodem.
Sroki usłyszałem pierwszy raz w czerwcu, ale nie zwróciłem na to uwagi. Przez poprzednie lata odkąd mieszkaliśmy nad rzeką zalatywały do nas sporadycznie i zdarzało się, że jakaś wylądowała na trzepaku, poskakała chwilę, zaskrzeczała wyzywająco ale potem zawsze znikały. W okolicy ich po prostu nie było, podobnie jak sójek, do których byliśmy przyzwyczajeni mieszkając wcześniej po drugiej stronie rzeki. W czerwcu jednak, jeśli mnie pamięć nie myli, sroki pojawiły się na stałe. Nie założyły nigdzie u nas gniazda, raczej mieszkały niedaleko, za rzeką, wśród topoli i lip, ale zaczęły bywać stałymi gośćmi. Przesiadywały na drutach elektrycznych, uwijały się po ulicy, lądowały na dachach, parkanach, trzepakach i poprzeczkach od ogrodowych huśtawek. Nie pozwalały przy tym przeoczyć swojej obecności.
Od rana słychać było ich natarczywy, głośny, regularnie powtarzający się skrzek. Czasem milkł, ale w pewnej chwili, jakoś na początku lipca, zorientowaliśmy się, że towarzyszy nam stale. Z jednej pary srok zrobiło się nagle cztery sztuki, potem pięć, pod koniec lipca były to już co najmniej trzy pary. Sroczy skrzek słychać było w kółko, a jednocześnie w okolicy zrobiło się cicho. Umilkły świergoty, świsty, pokrzykiwanie i trele.
W połowie lipca, tuż przed urlopem, usłyszałem tumult na dachu i niemożliwy do pomylenia, agresywny skrzek. To para srok szatkowała dziobami, wrzeszcząc, młodą pokrzewkę, która kilka dni temu kryła się na naszym podcieniu. Ledwo opuściła gniazdo, ale nie doczekała dorosłości. Rodzic, oszalały ze strachu polatywał wokół ale nie był w stanie zagrozić wielokrotnie od siebie większym napastnikom. Ja też niewiele mogłem zrobić, co najwyżej pięścią tłuc w dach na głową, po którym skakały jak oszalałe ucztujące sroki. Odpowiedział mi jedynie pogardliwy skrzek. Młode zostało rozdarte na sztuki i pożarte w ciągu kilkudziesięciu sekund, a skrzekliwi napastnicy niby urągając ocalałej pokrzewce poderwali się i odlecieli spokojnie za rzekę.
Z ogrodów zniknęły wróble i mazurki. Gdzie zawsze pojawiały się tuzinem, teraz zalatywał nieśmiało jeden, dwa, czasem trzy osobniki. Nie wróciły po wiosennym lęgu do budki sikory. Jedynie te mieszkające pod załomem dachu u sąsiada jeszcze utrzymały swoją siedzibę, ale i one przemykały jakoś bardziej nerwowo, rzadziej i szybciej. W kilka dni później tumult ogarnął modrzew. Dwie dorosłe synogarlice z głośną skargą trzepotały wokół gałęzi, a para srok plądrowała gniazdo. W ciągu kilku minut nie zostało z niego nic prócz szczątków, które wylądowały u podnóża pnia. Cały lęg poszedł na pożarcie. Sierpówki, pohukując, próbowały płoszyć agresorów, ale świeża para srok przybywająca zza rzeki przegoniła je skutecznie. Usiadły na drutach na końcu ulicy, gdzie wznosi się ona ku drodze wojewódzkiej i czekały na koniec tego smutnego spektaklu.
Sroki należą do krukowatych, są ptakami niezwykle inteligentnymi. Są tacy, co twierdzą, że mogą być inteligentniejsze niż delfiny, chociażby dlatego, że sroki przechodzą test lustra, co oznacza, że mogą posiadać samoświadomość. Są bardzo płochliwe, ostrożne, uważne i bystre. Potrafią z daleko odróżnić człowieka nieuzbrojonego od myśliwego ze strzelbą. Jak część innych krukowatych, gdy znajdą martwego osobnika swego gatunku odbywają nad ciałem coś w rodzaju konsylium, oceniając przyczynę śmierci i ważąc niebezpieczeństwo dla reszty.
Sroki są wszystkożerne, chociaż przeważa u nich pokarm mięsny. Są drapieżnikami, ale innymi niż pustułki czy krogulce. Właściwe ptaki drapieżne polują na swoją zdobycz odławiając sztuki słabsze, gorzej przystosowane do ucieczki lub ukrycia się. Przetrzebiają w ten sposób populacje zwierzęce i ptasie z osobników gorzej przystosowanych. Sroki jednak polują inaczej – często napadają na młode, ale też plądrują gniazda niszcząc całe lęgi i wybijając miejscowe populacje. Nie bez kozery już w dawnych atlasach ptaków odnotowywano, że gdzie żyją sroki, tam nie ma ptaków śpiewających. Sroki atakują też ptactwo gospodarskie – napadają na kurczęta w kurnikach, potrafiąc znacznie przetrzebić ich populację. Kiedy pierwszy raz odwiedziłem Szwecję w pierwszej połowie lat 80. zdziwiło mnie to, że tam do srok strzela się bez pardonu z wiatrówek. Lecz dobroduszni, praktyczni Szwedzi nie byli jedynymi, którzy dostrzegli negatywny wpływ tego krzykliwego, czarno– białego łobuza. Już w XXI wieku także w Wielkiej Brytanii pozwolono rolnikom na odstrzał srok na terenach, gdzie ich populacje rozrosły się zbytnio i wyrządzały szkody.
W Polsce sroki podlegają częściowej ochronie – nie wolno niszczyć ich gniazd w okresie lęgowym przypadającym na wiosnę ani płoszyć wtedy tych ptaków. Od okresu międzywojennego populacja ich na naszych terenach znacznie wzrosła, ptaki zaś przystosowały się do przeobrażonego przez rolnictwo i przemysł krajobrazu i z terenów wiejskich przeniosły masowo do miast, gdzie zaadaptowały się trzebiąc drobne ptactwo i zwierzynę a zimą ucztując na śmietnikach. Nie ma skutecznego sposobu, aby je przepędzić innego, niż zniechęcanie do osiedlania się poprzez strącanie ich gniazd.
W ciągu kilku tygodni między czerwcem a przełomem lipca i sierpnia pół tuzina srok doprowadziło do przepędzenia lub wybicia drobnych ptaków z całej okolicy. Z tarasu na piętrze słyszałem i obserwowałem jak czarno-biali skrzydlaci napastnicy terroryzują okolicę plądrując gniazda, wydziobując młode i atakując dorosłe ptaki. Nawet miejscowe koty schodziły z drogi rosnącemu w siłę stadu, które pod koniec lipca liczyło już siedem sztuk. Lęgi nie wyleciały z gniazd, rodzice nie złożyli nowych jaj, ucichły śpiewy, poświstywania, świergoty. Zamilkło buńczuczne “czek czek” małej pokrzewki, a samego ptaka znalazłem któregoś ranka martwego przed garażem. Świat, łapiący chwilowy oddech między kolejnymi falami pandemii i lockdownami stał się nieco smutniejszym miejscem. Wszystko to za sprawą istot bystrych, inteligentnych, pięknych. Zupełnie jak u ludzi.
Z początkiem sierpnia stałem na tarasie patrząc ku rzece przez otwarte okno. Zadowolone z siebie stado rozsiadło się na szczytach pobliskich słupów elektrycznych. Jedna, szczególnie skrzecząc i urągając całemu światu, jakby drwiąc, siedziała na słupie najbliższym mnie. Siedziała tyłem do mnie. Nie myśląc nad tym sięgnąłem po stojącą w kącie wiatrówkę, uważnie obserwując ptaka i kryjąc się nieco za zasłoną, aby go nie spłoszyć. Załadowałem, naciągnąłem sprężynę i wystrzeliłem.
Przez ułamek sekundy nie stało się nic, świat jakby zamarł. Sroki nie zareagowały nawet na suchy, niezbyt głośny trzask. Potem czas ruszył i lśniące, czarno–białe ciało spadło ze słupa a mnie ogarnęło bezbrzeżne, niezrozumiałe zdziwienie. Umysł działał jakby osobno. Odstawiłem wiatrówkę, otarłem ręce o spodnie i zszedłem na parter, aby iść do garażu po łopatę. Gdzieś na schodach dotarło do mnie, że ją zastrzeliłem. Z ulicy dobiegał potężniejący z każdą sekundą wrzask reszty stada. Wyjrzałem i zobaczyłem w dalszej perspektywie leżące, nieruchome ciało sroki. Leżało na bruku, w cieniu drzew. Trzy inne skrzecząc podskakiwały dookoła, badając trupa i trzepocząc skrzydłami. Kolejne latały nad ulicą hałasując. Zabrałem łopatę i worek na śmieci, a potem wyszedłem na ulicę.
Ciało ptaka było miękkie, jakby się przelewało, kiedy próbowałem zebrać je łopatą. Pozostałe sroki poderwały się i wrzeszcząc wniebogłosy polatywały ponad drutami elektrycznymi. Zapakowałem trupa do foliowego worka.
W śmierci jest coś niezrozumiałego, coś bezbronnego i rozczulającego, a jednocześnie coś złowieszczego. Oto istota, która zgodnie ze swą naturą była żywa minutę temu teraz już nie istnieje. Zaczął się proces rozpadu świata, nastąpił jego jednostkowy koniec. Miękkie ciało, połyskliwe pióra, jasny twardy dziób – wszystko to spoczywało na łopacie. W pewnej chwili na chodnik poleciało kilkanaście kropli krwi. Emocje zostały gdzieś za mną, w garażu, kiedy wyciągałem łopatę. Nie czułem nic.
Nie było w tym triumfu ani poczucia sprawiedliwości, chociaż kiedy składałem się do strzału, w mojej głowie odtwarzał się w kółko film ze śmiercią młodej pokrzewki. Trzaski dziobów o blachę, skrzek, trzepotanie skrzydeł i paniczne zwody dorosłego osobnika, latającego wokół. Kiedy wychodziłem przez furtkę na ulicę niosąc worek i łopatę umysł mechanicznie zarejestrował, że nie poderwały się – jak zawsze – wróble, które towarzyszyły nam w ogrodzie przez ostatnie lata. Nie było ich tam. Teraz to wszystko było poza mną. Życie i śmierć spotkały się. Człowiek zabił ptaka. Pod tym względem byliśmy podobni, chociaż u mnie była to decyzja chociaż trochę świadoma, jeśli nawet w afekcie. Głowa ptaka opadła, kiedy go wreszcie wrzuciłem do worka na śmieci i zawiązałem na supeł. Wyglądał pięknie, oczy miał przymknięte, pióra błyszczały i wyglądały na przepysznie puszyste; był w jego miękkim, lejącym się, prawie ożywionym bezruchu jakiś majestat.
Schowałem łopatę w garażu, wróciłem na taras, zamknąłem okno, zabezpieczyłem wiatrówkę i schowałem puszkę śrutu do komody z Ikei. W ciągu kilku minut paniczny, ostrzegawczy skrzek srok umilkł i nie rozbrzmiał już tego dnia.
Nie rozbrzmiał także następnego ranka, ani w południe, ani z wybiciem godziny piętnastej, kiedy wylogowałem się z pracy. Emocje dotyczącego tego, co się rozegrało między mną a przyrodą nie obudziły się. Były tam, ale jakby za ciekną przesłoną, za woalem. Jedyną natrętnie powracającą myślą było pragnienie, aby sroki nie powróciły do naszej okolicy, bo wtedy okazałoby się, że stałem się zabójcą na próżno.