r/u_Benedykt_640

▲ 9 r/u_Benedykt_640+1 crossposts

Baśnie dziadka Benka

Świtezianka, córka Brzasku i Porannej Mgły...

Jeśli wstaniesz rano, by zobaczyć Świteziankę, w nagrodę dostaniesz długi, słoneczny dzień.

I kto powiedział, że nie ma cudów na świecie?

– Przecież jesteś.

Tamtego ranka znowu ją widziałem.

Tylko na chwilę przystanęła.

Rozjaśniała, jakby chciała zostać gwiazdą...

W pląsy pomiędzy łąki ruszyła i moje sarny wystraszyła.

Świtezianka, pewna siebie jak zawsze, śmignęła pomiędzy dwiema, które przyszły pod sam płot. Była szybka jak błysk światła. Niestety... znowu nie zdążyłem zrobić zdjęcia.

Tym razem jednak trochę się przeliczyła.

Jedna z saren dyskretnie podstawiła jej nogę.

Świtezianka zrobiła dwa koziołki i z rozmachem wyrżnęła gołą dupą w rosę.

Sarny uciekły w las.

A ona... zamiast się obrazić, usiadła na mokrej trawie i śmiała się tak głośno, że aż poranna mgła zatrzęsła się ze śmiechu.

Poranna Mgła stanęła w rozkroku, żeby przypadkiem nie nadepnąć córki.

Uniosła rąbek sukni... i świat rozjaśniał.

Świt aż przystanął. Patrzył z otwartymi ustami.

Nie dowierzał temu, co zobaczył.

Brzask mruknął tylko złowrogo:

– Te... sarna! Chcesz w ryj?

– A ty, Świcie... czego się tak gapisz i zęby szczerzysz?

Po chwili odwrócił się do córki.

– Córciu... załóż majtki, proszę.

– Nie, tato.

– One mnie gilają... znaczy łaskoczą.

Poranna Mgła zachichotała i zasłoniła córkę swoim welonem.

– Daj spokój, Brzasku. Jeszcze się lato nie skończyło.

Ledwo to powiedziała, też się zarumieniła, bo sama majtek nie nosiła.

Świtezianka objęła mamę Mgiełkę za szyję.

– Widzisz, mamo? Mówiłam, że to po tobie.

Brzask westchnął ciężko.

– No pięknie... Jaką ja mam rodzinę?

A Księżyc, rzecz jasna, nic nie powiedział. Schował się za pannę Chmurkę, bo doskonale pamiętał, że sam kiedyś namówił Świteziankę, żeby pobiegała boso po rosie.

Sarny spojrzały po sobie.

– Wiesz...

– Co?

– Chodźmy stąd.

– Dlaczego?

– Bo jeszcze nas w coś wkręcą.

Księżyc tylko szelmowsko się uśmiechał.

Bo już wiedział, która to sarenka.

Ta, która co noc przeglądała się w nim jak w lustrze.

– Lustereczko... pokaż przecie...

– Która sarenka jest najpiękniejsza na świecie?

Księżyc uśmiechnął się pod nosem.

– Wszystkie jesteście piękne.

Sarenka tupnęła kopytkiem.

– Nie wykręcaj się. Pytam o mnie!

Księżyc westchnął.

– Ech... dlatego wolę rozmawiać z wilkami. One nigdy nie pytają o urodę.

A potem zza krzaków rozległ się śmiech Świtezianki.

– Nie słuchaj go! On każdej mówi to samo!

Biedny Księżyc zrobił się jeszcze bledszy niż zwykle.

Słońce przyglądało się temu z ciepłym uśmiechem.

– Oj... dzieci, dzieci...

I odwróciło się, żeby nie parsknąć śmiechem.

Tylko Świt zrobił się niespokojny.

– Gdzie wy wszyscy idziecie?

– Dajcie się jeszcze napatrzeć!

Brzask tylko złapał się za głowę.

– Synu...

Słońce odchrząknęło znacząco.

Księżyc schował twarz w Chmurkę.

A Świtezianka mrugnęła do Świtu i... pobiegła jeszcze szybciej.

Nazajutrz Świt postanowił niczego nie przegapić.

Jeszcze przed świtem zasadził się w krzakach.

Zajął najlepsze miejsce.

– Będę wszystko widział.

– I wszystko wam zapiszę.

I wtedy zza pleców odezwał się Księżyc.

– Synku...

– Tak?

– Wiesz, że jest taki dziadek Benek i robi dokładnie to samo?

Świt zaniemówił.

– Naprawdę?

– Codziennie o piątej czterdzieści pięć. Z kubkiem kawy. Czasem z aparatem.

– To on też prowadzi kronikę?

– Od dawna.

A Świtezianka tylko wystawiła głowę zza paproci.

– Chłopcy... nie starajcie się. I tak obaj zawsze przychodzicie za późno.

Świt wywiesił nawet ogłoszenie:

*Mam jeszcze wolne miejsca w krzakach. Bilety do nabycia u Konika.*

Konik Polny okazał się jednak przedsiębiorczy.

Sprzedał wszystkie.

A do ceny doliczył rozmiar podkowy.

Świt powoli przecisnął się przez tłum.

– Spokojnie. Każdy wszystko zobaczy.

Konik cicho parsknął.

– Kto kupił bilet z rozmiarem podkowy, ma miejsce w pierwszym rzędzie, na belach słomy.

– A bez rozmiaru?

– Za paprocią.

I nagle zza korony drzewa odezwał się Brzask.

– Kto tu prowadzi sprzedaż bez zezwolenia?

Konik wzruszył ramionami.

– Ja tylko pośredniczę.

Na to Księżyc:

– A prowizja?

– Symboliczna. Tylko tyle, żeby starczyło na nowe podkowy.

Niestety krzaki okazały się za ciasne.

Ktoś wydrukował więcej biletów, niż było miejsc.

– Kto? – zapytał Świt.

Księżyc westchnął.

– To Cwany Lis.

– Widziałem, jak w lustrze...

– Nocą ciągnął drukarkę przez pole.

– I jeszcze malował kręgi w zbożu.

Od tamtej pory ludzie do dziś zastanawiają się, skąd biorą się tajemnicze kręgi.

A Lis?

Nigdy się do niczego nie przyznał.

Tylko czasami, kiedy nikt nie patrzył, uśmiechał się pod nosem.

Na to wszystko dmuchnął mój przyjaciel Wiatr i rozgonił towarzystwo.

Na niebie zostało tylko cieplutkie słoneczko i Wiatr tańczący z panną Chmurką.

A ja?

Ja tylko siedzę rano z kubkiem kawy na tarasie.

Patrzę na pola.

Patrzę na las.

Patrzę na dwie sarny.

I kiedy ktoś pyta mnie, czy naprawdę wierzę w Świteziankę...

Uśmiecham się.

– A dlaczego by nie?

reddit.com
u/Benedykt_640 — 8 days ago