u/Benedykt_640

▲ 3 r/u_Benedykt_640+1 crossposts

Dzień Świstaka

Wyjechaliśmy w samo południe.

Zadzwoniłem do Wesołego Romka, że jesteśmy już w drodze i będziemy po nich za pół godziny.

Nic nie zapowiadało Dnia Świstaka.

A jednak...

W połowie drogi coś sobie przypomniałem.

– Kurna! Już zapomniałem, co sobie przypomniałem.

Po chwili dotarło do mnie, że jednak Ponury Dzień zrobił mi psikusa.

– Aaa!... Garnitur świstaka!

– Jak ja będę degustował bez zębów?

Musiałem zawrócić do domu.

Ruszyliśmy ponownie.

– Zadzwoń do Romka, że już wyjechaliśmy – powiedziała Ania.

– Jak to? Przecież powie mi, że już dzwoniłem.

– No tak. Powie, że masz sklerozę.

– No... Dzień Świstaka.

Dojechaliśmy, a oni już od godziny czekali pod domem razem z Ponurym Dniem.

Wystarczyło kilka wesołych wspomnień, kilka żartów i po kilku minutach atmosfera się rozjaśniła.

Dojechaliśmy do skansenu.

Pierwsze chałupy, pierwsze zdjęcia, pierwsze stragany...

Kupiłem chleb.

Potem lody, piwo i pierogi.

Spotkaliśmy śląskiego kucharza z programu „Rączka gotuje”. Nie znałem chłopa, ale okazał się bardzo sympatycznym karlusem. Był w swoim żywiole. Gotował, pichcił i zagadywał zgromadzonych smakoszy.

Uśmiechał się od ucha do ucha, a gdyby nie uszy, śmiałby się dookoła.

Nawet poprosił nasze dziewczyny o wspólne zdjęcie.

– Bysiu... to my go poprosiłyśmy.

– Aha.

Roman pierwszy zgłosił się na degustatora.

Zjadł pół miski zupy...

...i natychmiast włączył tryb pełnego zadowolenia.

Ponury Dzień też przyjechał do skansenu.

Stanął pod chmurami i czekał, aż komuś popsuje humor.

Ale przegrał.

Śliczne młode dziewczyny w ludowych strojach uśmiechnęły się do mnie.

– Czy możemy zrobić sobie zdjęcie z takim przystojnym chłopakiem?

Stanąłem między nimi.

Czułem się doceniony.

Po obu stronach miałem eksplozję kolorów i dwa sznury czerwonych korali.

Z przyzwoitości zapytałem:

– To ja coś płacę?

– Nic! – odpowiedziały z uśmiechem.

– To jednak nie był Dzień Świstaka. To był Dzień Dobroci dla żonatych facetów – pomyślałem.

Podziękowałem pięknie i zostawiłem im swój najszczerszy uśmiech.

Romek zaniemówił.

Ania chyba była odrobinę zazdrosna.

– Chciałbym, żeby tak było...

Powiedziałem? Czy tylko pomyślałem?

– Co byś chciał? – zapytała Ania.

Przez chwilę gorączkowo szukałem ratunku.

– Byś... by... chciaaał... zjeść coś dobrego.

– Słyszałam...

Ponury Dzień westchnął ciężko.

– Z takimi ludźmi nie da się pracować...

Z daleka zauważyłem dobrego znajomego sprzed lat.

Postanowiłem się przywitać i szybko poszedłem za nim do... toalety.

Wszedłem do środka.

Nikogo.

– Chyba siedzi w kabinie – pomyślałem.

Poczekałem chwilę.

Ta chwila zamieniła się w dwadzieścia minut...

...i coraz mniej przyjemny zapach.

– Co ja tu właściwie robię? – przyszło mi do głowy.

W końcu zrezygnowałem.

Uznałem, że nie będę mu przeszkadzał w tak trudnej chwili.

Wyszedłem.

– Gdzieś ty był tak długo? Coś ci zaszkodziło? – dopytywała Ania.

Kurde...

Człowiek chce się tylko przywitać z kolegą...

...a wraca ze śmierdzącą łatką.

Ponury Dzień uśmiechnął się pod nosem.

– No... wreszcie coś mi dziś wyszło.

Z Romanem porozmawialiśmy o starych, dobrych czasach.

Pochwalił się swoimi roman-tycznymi wieczorami przy lampce dobrego wina ze swoją dziewczyną.

Zobaczyłem kilka pań w ślicznych ludowych strojach.

– Zrobić ci zdjęcie?

Roman nie był zainteresowany. Bo tylko stroje miały śliczne. Same były już grubo po siedemdziesiątce.

Potem kupiliśmy jeszcze kilka butelek wina i oryginalny beskidzki sernik. Prawie jak wiedeński.

Zjedliśmy go u Romana przy dobrej kawie.

Ponury Dzień zdjął w końcu krawat.

Zjadł z nami kawałek sernika...

...i też się szczerze uśmiechnął.

– To był dobry Dzień Świstaka – powiedział i zasnął.

reddit.com
u/Benedykt_640 — 8 days ago
▲ 2 r/u_Benedykt_640+1 crossposts

Ponury Dzień

A dzisiaj Świtezianka zaspała.

Za to przyszły panna Chmurka z koleżankami. Trochę rozpłakane...

– Czymś się smucą?

Ponury Dzień zasiadł w fotelu, w garniturze i krawacie. Taki, co skroluje telefon.

Nic go nie obchodziło.

Świata nie widział i nie chciał widzieć.

Sarenka tylko raz się pojawiła. Ania mnie zawołała, ale już nie zdążyłem.

Myślałem, że zaczeka, żeby się przywitać.

Jej chyba też udzielił się smutek, bo weszła głęboko w żyto.

– Pewnie sprawdza te kręgi w zbożu... co zrobił Cwany Lis wieczorem.

Albo się wstydzi, bo wygląda jak zmokła kura.

Zmokła Kura odgdakała:

– Ty se mną gęby nie wycieraj!

Rozejrzałem się po ogrodzie.

Ponury Dzień siedział na tarasie, a po mokrym trawniku śmigały wyścigowe ślimaki. Te łaciate... bez skorupek.

– Nie zimno wam?

– I tak na golasa łazicie?

– Nic ci do tego – któryś odburknął.

Spojrzałem na klombik z kwiatami.

– Wy darmozjady! Ja się za was wezmę!

– Zeżarłyście wszystkie nasturcje!

Chyba wszystkim nam udzielił się zły humor.

Ponury Dzień skończył skrolowanie telefonu, wstał z fotela, rozprostował nogi i ruszył na poszukiwanie...

– Kogo by tu dzisiaj zdołować?

Też się rozejrzał po ogrodzie.

Zobaczył kota śpiącego w samym środku klombika.

– Mam ofiarę.

Poprosił pannę Chmurkę o odrobinę wody.

– Chciałbym umyć ręce od tego brudnego internetu.

Głowę miał czerwoną, a twarz rozpaloną.

Zastanawiałem się, co on tam właściwie oglądał?

Panna Chmurka życzliwie rozlała trochę kropel deszczu i umyła jego ręce.

Kot wyskoczył z ukrycia jak postrzelony.

Wbiegł do salonu, z trudem przeciskając się przez lekko uchylone drzwi... bez otwierania ich na oścież.

Ponury Dzień tylko uśmiechnął się szelmowsko i rozglądał się dalej.

W końcu i mnie dostrzegł.

– Ze mną nie pójdzie mu tak łatwo – pomyślałem.

Miałem inne plany niż dać się ponieść Ponuremu Dniowi.

Jedziemy z Wesołym Romkiem do Chorzowa na Jarmark Produktów Tradycyjnych. Do prawdziwego skansenu etnograficznego.

Tam Ponury Dzień nie miał wstępu.

Ja już go dobrze znałem. Mimo że wyglądał na biznesmena i nosił krawat, to nie śmierdział groszem i nie stać go było na bilet wstępu.

Bilety za parking, bilety za wjazd, bilety dla pana Ciecia, który pilnuje porządku w kosztach na śmieci, bilety za zwiedzanie, bilety za karuzelę...

Wesoły Romek zadzwonił wczoraj.

Dopadł go Ponury Dzień. Niestety nie wiedział, co ma robić.

Zaproponowałem mu wypad z dziewczynami do skansenu.

Tym razem bez Juniora, bo ostatnio zamiast przeglądać stragany myślał tylko o żarciu.

– Skansen etnograficzny...

– Może kupisz sobie koszyk wiklinowy albo gliniany garnek?

– Koszyków to ja mam kilkanaście – odpowiedział z kwaśną miną.

Musiałem go uszczypnąć.

– To otwórz tam stoisko. Może kupię jeden.

Romek roześmiał się w głos, a Ponury Dzień w końcu zostawił go w spokoju.

Mieliśmy już plan.

Ania na tę okoliczność przymierzyła czerwonych korali sznur.

– Wyglądasz rewelacyjnie!

– Ale mam nadzieję, że oprócz korali jeszcze coś na siebie włożysz?

reddit.com
u/Benedykt_640 — 8 days ago
▲ 9 r/u_Benedykt_640+1 crossposts

Baśnie dziadka Benka

Świtezianka, córka Brzasku i Porannej Mgły...

Jeśli wstaniesz rano, by zobaczyć Świteziankę, w nagrodę dostaniesz długi, słoneczny dzień.

I kto powiedział, że nie ma cudów na świecie?

– Przecież jesteś.

Tamtego ranka znowu ją widziałem.

Tylko na chwilę przystanęła.

Rozjaśniała, jakby chciała zostać gwiazdą...

W pląsy pomiędzy łąki ruszyła i moje sarny wystraszyła.

Świtezianka, pewna siebie jak zawsze, śmignęła pomiędzy dwiema, które przyszły pod sam płot. Była szybka jak błysk światła. Niestety... znowu nie zdążyłem zrobić zdjęcia.

Tym razem jednak trochę się przeliczyła.

Jedna z saren dyskretnie podstawiła jej nogę.

Świtezianka zrobiła dwa koziołki i z rozmachem wyrżnęła gołą dupą w rosę.

Sarny uciekły w las.

A ona... zamiast się obrazić, usiadła na mokrej trawie i śmiała się tak głośno, że aż poranna mgła zatrzęsła się ze śmiechu.

Poranna Mgła stanęła w rozkroku, żeby przypadkiem nie nadepnąć córki.

Uniosła rąbek sukni... i świat rozjaśniał.

Świt aż przystanął. Patrzył z otwartymi ustami.

Nie dowierzał temu, co zobaczył.

Brzask mruknął tylko złowrogo:

– Te... sarna! Chcesz w ryj?

– A ty, Świcie... czego się tak gapisz i zęby szczerzysz?

Po chwili odwrócił się do córki.

– Córciu... załóż majtki, proszę.

– Nie, tato.

– One mnie gilają... znaczy łaskoczą.

Poranna Mgła zachichotała i zasłoniła córkę swoim welonem.

– Daj spokój, Brzasku. Jeszcze się lato nie skończyło.

Ledwo to powiedziała, też się zarumieniła, bo sama majtek nie nosiła.

Świtezianka objęła mamę Mgiełkę za szyję.

– Widzisz, mamo? Mówiłam, że to po tobie.

Brzask westchnął ciężko.

– No pięknie... Jaką ja mam rodzinę?

A Księżyc, rzecz jasna, nic nie powiedział. Schował się za pannę Chmurkę, bo doskonale pamiętał, że sam kiedyś namówił Świteziankę, żeby pobiegała boso po rosie.

Sarny spojrzały po sobie.

– Wiesz...

– Co?

– Chodźmy stąd.

– Dlaczego?

– Bo jeszcze nas w coś wkręcą.

Księżyc tylko szelmowsko się uśmiechał.

Bo już wiedział, która to sarenka.

Ta, która co noc przeglądała się w nim jak w lustrze.

– Lustereczko... pokaż przecie...

– Która sarenka jest najpiękniejsza na świecie?

Księżyc uśmiechnął się pod nosem.

– Wszystkie jesteście piękne.

Sarenka tupnęła kopytkiem.

– Nie wykręcaj się. Pytam o mnie!

Księżyc westchnął.

– Ech... dlatego wolę rozmawiać z wilkami. One nigdy nie pytają o urodę.

A potem zza krzaków rozległ się śmiech Świtezianki.

– Nie słuchaj go! On każdej mówi to samo!

Biedny Księżyc zrobił się jeszcze bledszy niż zwykle.

Słońce przyglądało się temu z ciepłym uśmiechem.

– Oj... dzieci, dzieci...

I odwróciło się, żeby nie parsknąć śmiechem.

Tylko Świt zrobił się niespokojny.

– Gdzie wy wszyscy idziecie?

– Dajcie się jeszcze napatrzeć!

Brzask tylko złapał się za głowę.

– Synu...

Słońce odchrząknęło znacząco.

Księżyc schował twarz w Chmurkę.

A Świtezianka mrugnęła do Świtu i... pobiegła jeszcze szybciej.

Nazajutrz Świt postanowił niczego nie przegapić.

Jeszcze przed świtem zasadził się w krzakach.

Zajął najlepsze miejsce.

– Będę wszystko widział.

– I wszystko wam zapiszę.

I wtedy zza pleców odezwał się Księżyc.

– Synku...

– Tak?

– Wiesz, że jest taki dziadek Benek i robi dokładnie to samo?

Świt zaniemówił.

– Naprawdę?

– Codziennie o piątej czterdzieści pięć. Z kubkiem kawy. Czasem z aparatem.

– To on też prowadzi kronikę?

– Od dawna.

A Świtezianka tylko wystawiła głowę zza paproci.

– Chłopcy... nie starajcie się. I tak obaj zawsze przychodzicie za późno.

Świt wywiesił nawet ogłoszenie:

*Mam jeszcze wolne miejsca w krzakach. Bilety do nabycia u Konika.*

Konik Polny okazał się jednak przedsiębiorczy.

Sprzedał wszystkie.

A do ceny doliczył rozmiar podkowy.

Świt powoli przecisnął się przez tłum.

– Spokojnie. Każdy wszystko zobaczy.

Konik cicho parsknął.

– Kto kupił bilet z rozmiarem podkowy, ma miejsce w pierwszym rzędzie, na belach słomy.

– A bez rozmiaru?

– Za paprocią.

I nagle zza korony drzewa odezwał się Brzask.

– Kto tu prowadzi sprzedaż bez zezwolenia?

Konik wzruszył ramionami.

– Ja tylko pośredniczę.

Na to Księżyc:

– A prowizja?

– Symboliczna. Tylko tyle, żeby starczyło na nowe podkowy.

Niestety krzaki okazały się za ciasne.

Ktoś wydrukował więcej biletów, niż było miejsc.

– Kto? – zapytał Świt.

Księżyc westchnął.

– To Cwany Lis.

– Widziałem, jak w lustrze...

– Nocą ciągnął drukarkę przez pole.

– I jeszcze malował kręgi w zbożu.

Od tamtej pory ludzie do dziś zastanawiają się, skąd biorą się tajemnicze kręgi.

A Lis?

Nigdy się do niczego nie przyznał.

Tylko czasami, kiedy nikt nie patrzył, uśmiechał się pod nosem.

Na to wszystko dmuchnął mój przyjaciel Wiatr i rozgonił towarzystwo.

Na niebie zostało tylko cieplutkie słoneczko i Wiatr tańczący z panną Chmurką.

A ja?

Ja tylko siedzę rano z kubkiem kawy na tarasie.

Patrzę na pola.

Patrzę na las.

Patrzę na dwie sarny.

I kiedy ktoś pyta mnie, czy naprawdę wierzę w Świteziankę...

Uśmiecham się.

– A dlaczego by nie?

reddit.com
u/Benedykt_640 — 8 days ago