Dzień Świstaka
Wyjechaliśmy w samo południe.
Zadzwoniłem do Wesołego Romka, że jesteśmy już w drodze i będziemy po nich za pół godziny.
Nic nie zapowiadało Dnia Świstaka.
A jednak...
W połowie drogi coś sobie przypomniałem.
– Kurna! Już zapomniałem, co sobie przypomniałem.
Po chwili dotarło do mnie, że jednak Ponury Dzień zrobił mi psikusa.
– Aaa!... Garnitur świstaka!
– Jak ja będę degustował bez zębów?
Musiałem zawrócić do domu.
Ruszyliśmy ponownie.
– Zadzwoń do Romka, że już wyjechaliśmy – powiedziała Ania.
– Jak to? Przecież powie mi, że już dzwoniłem.
– No tak. Powie, że masz sklerozę.
– No... Dzień Świstaka.
Dojechaliśmy, a oni już od godziny czekali pod domem razem z Ponurym Dniem.
Wystarczyło kilka wesołych wspomnień, kilka żartów i po kilku minutach atmosfera się rozjaśniła.
Dojechaliśmy do skansenu.
Pierwsze chałupy, pierwsze zdjęcia, pierwsze stragany...
Kupiłem chleb.
Potem lody, piwo i pierogi.
Spotkaliśmy śląskiego kucharza z programu „Rączka gotuje”. Nie znałem chłopa, ale okazał się bardzo sympatycznym karlusem. Był w swoim żywiole. Gotował, pichcił i zagadywał zgromadzonych smakoszy.
Uśmiechał się od ucha do ucha, a gdyby nie uszy, śmiałby się dookoła.
Nawet poprosił nasze dziewczyny o wspólne zdjęcie.
– Bysiu... to my go poprosiłyśmy.
– Aha.
Roman pierwszy zgłosił się na degustatora.
Zjadł pół miski zupy...
...i natychmiast włączył tryb pełnego zadowolenia.
Ponury Dzień też przyjechał do skansenu.
Stanął pod chmurami i czekał, aż komuś popsuje humor.
Ale przegrał.
Śliczne młode dziewczyny w ludowych strojach uśmiechnęły się do mnie.
– Czy możemy zrobić sobie zdjęcie z takim przystojnym chłopakiem?
Stanąłem między nimi.
Czułem się doceniony.
Po obu stronach miałem eksplozję kolorów i dwa sznury czerwonych korali.
Z przyzwoitości zapytałem:
– To ja coś płacę?
– Nic! – odpowiedziały z uśmiechem.
– To jednak nie był Dzień Świstaka. To był Dzień Dobroci dla żonatych facetów – pomyślałem.
Podziękowałem pięknie i zostawiłem im swój najszczerszy uśmiech.
Romek zaniemówił.
Ania chyba była odrobinę zazdrosna.
– Chciałbym, żeby tak było...
Powiedziałem? Czy tylko pomyślałem?
– Co byś chciał? – zapytała Ania.
Przez chwilę gorączkowo szukałem ratunku.
– Byś... by... chciaaał... zjeść coś dobrego.
– Słyszałam...
Ponury Dzień westchnął ciężko.
– Z takimi ludźmi nie da się pracować...
Z daleka zauważyłem dobrego znajomego sprzed lat.
Postanowiłem się przywitać i szybko poszedłem za nim do... toalety.
Wszedłem do środka.
Nikogo.
– Chyba siedzi w kabinie – pomyślałem.
Poczekałem chwilę.
Ta chwila zamieniła się w dwadzieścia minut...
...i coraz mniej przyjemny zapach.
– Co ja tu właściwie robię? – przyszło mi do głowy.
W końcu zrezygnowałem.
Uznałem, że nie będę mu przeszkadzał w tak trudnej chwili.
Wyszedłem.
– Gdzieś ty był tak długo? Coś ci zaszkodziło? – dopytywała Ania.
Kurde...
Człowiek chce się tylko przywitać z kolegą...
...a wraca ze śmierdzącą łatką.
Ponury Dzień uśmiechnął się pod nosem.
– No... wreszcie coś mi dziś wyszło.
Z Romanem porozmawialiśmy o starych, dobrych czasach.
Pochwalił się swoimi roman-tycznymi wieczorami przy lampce dobrego wina ze swoją dziewczyną.
Zobaczyłem kilka pań w ślicznych ludowych strojach.
– Zrobić ci zdjęcie?
Roman nie był zainteresowany. Bo tylko stroje miały śliczne. Same były już grubo po siedemdziesiątce.
Potem kupiliśmy jeszcze kilka butelek wina i oryginalny beskidzki sernik. Prawie jak wiedeński.
Zjedliśmy go u Romana przy dobrej kawie.
Ponury Dzień zdjął w końcu krawat.
Zjadł z nami kawałek sernika...
...i też się szczerze uśmiechnął.
– To był dobry Dzień Świstaka – powiedział i zasnął.