

Dlaczego ludzie ucinają dyskusję o potencjalnym przesycie lekarzy krótkim stwierdzeniem, że przecież "teraz nie ma żadnego przesytu"? Czy społeczeństwo naprawdę jest aż tak krótkowzroczne?
Czy ci ludzie nie rozumieją, że wykształcenie lekarza to nie kwestia roku czy dwóch, ale średnio 12 lat edukacji od matury aż do zakończenia specjalizacji?
Oczywiście, że teraz mamy braki, ponieważ aktualni specjaliści zaczynali studia w czasach, gdy na kierunkach lekarskich było średnio 5 tysięcy miejsc rocznie, co stanowiło absurdalnie małą liczbę. Obecnie, w 2026 roku, tych miejsc mamy już 10 tysięcy, czyli dwukrotnie więcej. Tylko że efektu tej zmiany nie odczujemy dzisiaj, a dopiero za 12 lat.
Patrząc na aktualne statystyki, w Polsce przypada około 3,4 lekarza na 1000 mieszkańców. Wynika to jednak bezpośrednio z faktu, że dawniej limit miejsc wynosił wspomniane 5 tysięcy. Skoro teraz podwoiliśmy tę liczbę, to w ujęciu długoterminowym zamiast dotychczasowego wskaźnika będziemy mieć około 6,8 lekarza na 1000 osób. To więcej niż w jakimkolwiek innym kraju europejskim
I to przy założeniu, że nie będziemy już dalej zwiększać liczby miejsc oraz że starsze roczniki nie miały tych limitów jeszcze niższych niż 5 tysięcy. Ale nie, jasne co nam szkodzi otworzyć i 15 tysięcy miejsc na medycynie? Przecież "teraz mamy takie braki"