Wspaniałe doświadczenia z PKO BP, krótki rant.
Człowiek dokonuje żywota, zostawia na tym łez padole pewne rzeczy w spadku, w tym książeczkę mieszkaniową w PKO BP.
Spadkobiercy wyposażeni w akt dziedziczenia oraz akt zgonu na wszelki słuczaj udają się do banku; fizyczna książeczka rozpłynęła się w eterze.
Akt zgonu się przydaje bo procedury banku wymagają przedłożenia tegoż (na pohybel rejentom; ich pieczęć państwowa niewiele znaczy).
Są pewne środki, jest książeczka - wydadzą duplikat, są jakieś stare derywaty co to starszy pan łykał jak pelikan. Załatwiamy formalności, z jednego Funduszu Inwestycyjnego (2007, wkład 10k) należy się 26,38. Spoczko. Teraz czekać na duplikat książeczki.
Przychodzi kilkanaście listów z centrali z potwierdzeniami każdej dyspozycji, osobno.
Jaka jest wartość nikt nie wie, to trzeba wyliczyć, przyjdzie pocztą, pani kasjerka uchyla się także od podawania kwot pi razy stodoła, to nie wypada.
Czekamy. Z tego co rozumiem za książeczki odpowiada centrala. Centrala zajebana jest obowiązkami, więc po dwóch miesiącach jest książeczka (list z informacją przychodzi już w tydzień po smsie). Spoko, nie spieszy się.
Spadkobiercy wpadają do banku po info. Jest książeczka (szukanie wymaga zaangażowania kilku osób i wynalezienia przez spadkobiercę PESELU zmarłego).
Pytanie do kasjerki: Czy wiemy jaka kwota. -Nie wiemy. Pi razy stodoła? -Być może z 5k. Premia gwarancyjna? -Jak na cele mieszkaniowe, to tak. Chętnie, niech leży.
Zgodna dyspozycja spadkobierców: środki zgromadzone na Książeczce przypadają jednemu najmłodszemu. Przychodzi sterta listów z centrali, potwierdzenie każdej dyspozycji w osobnym liście, listy są zdublowane (=8 listów)
List z centrali: w przypadku nie odebrania książeczki do (___) bank będzie naliczać opłatę depozytową.
Wizyta w oddziale: O co biega? Pani kasjerka zaskoczona tak jak spadkobierca, zarzeka się, że nie ma czegoś takiego jak opłata depozytowa za książeczkę.
To niech leży. Czy można potwierdzenie o nie pobieraniu opłaty depozytowej dostać na piśmie? Nie można.
Mija kilka miesięcy i oto okazja skorzystać z Książeczki na cele mieszkaniowe. Zainteresowany spadkobierca wybiera się do banku zlikwidować Książeczkę.
Nie da się. Systemowa złośliwość rzeczy martwych: otóż przy wydaniu duplikatu Książeczki nadano jej nowy numer produktowy, w związku z czym trzeba powtórzyć czynności)
Cóż, w dwa miesiące udaje się zorganizować wszystkich spadkobierców. Akt dziedziczenia, akt zgonu, formalności dopełnione, dyspozycje złożone.
Była mowa o Premii Gwarancyjnej. Fizyczna książeczka ląduje na biurku z czerwoną pieczątką z centrali: BEZ PREMII GWARANCYJNEJ. Nie wiadomo czemu. Spadkobierca macha ręką, już zmiękczony przez bank. Jaka kwota? W tej chwili nie można podać.
Aha. No to cokolwiek. Przelew na konto do 12 dni. Dzięki bardzo, do widzenia.
Do widzenia w rzeczy samej: mija półtora miesiąca. Wizyta w oddziale: Co tam w sprawie? (Szukamy PESEL zmarłego, jest pod ręką). Dwie panie kasjerki kminią nad monitorem. Spadkobierca gra w węża na swojej Nokii.
Telefon do centrali. Nic nie wiedzą. Najwyraźniej fizyczna książeczka zaginęła w transporcie. Ustalą. Skontaktują się.
Czy mogę dostać na piśmie, że książeczka uległa zagubieniu? Nie ma takiej możliwości.
Kurtyna.
PS. Nic nie mam do kasjerek ani do ich znajomości tematu książeczek. Niemniej procedury w tej poważnej instytucji mnie nie przestają zachwycać.