Najgroźniejsze w AI w muzyce nie jest to, że tworzy złą muzykę. Groźne jest to, że tworzy wystarczająco dobrą
Cała dyskusja o AI w muzyce kręci się wokół „czy słychać różnicę", i moim zdaniem to pytanie postawione w złym miejscu. AI wcale nie musi napisać arcydzieła, żeby coś popsuć. Wystarczy, że robi rzeczy przyzwoite, gładkie i nieskończenie tanie.
Rzecz w tym, jak te modele w ogóle powstają. Trenuje się je na tym, co już istnieje, i optymalizuje pod to, żeby się podobało. Czyli z definicji ciągną do średniej tego, co już zaakceptowaliśmy. A teraz przypomnij sobie, jak na początku brzmiał punk, pierwsze techno albo rap. Dla przeciętnego ucha z tamtych czasów to był hałas, obciach albo „to nie jest muzyka". Każdy gatunek, który potem cokolwiek zmienił, na starcie brzmiał źle i był odrzucany, zanim stał się oczywisty.
I tu jest haczyk. AI z samej konstrukcji nie zaproponuje czegoś, co na początku brzmi źle, bo jest zbudowane tak, żeby brzmieć akceptowalnie od razu. Więc nie boję się, że zaleje nas zła muzyka. Boję się, że zaleje nas muzyka kompetentna, przyjemna i bez ryzyka, a to dziwne, koślawe coś, z którego za dziesięć lat wyrósłby nowy gatunek, nie dostanie tlenu, bo algorytm i playlisty zawsze wolą pewniaka.
Czyli realne pytanie nie brzmi „czy AI dogoni ludzi", tylko czy w ogóle da się jeszcze wymyślić nowy gatunek w świecie, który nagradza wyłącznie to, co już brzmi znajomo. Przekonajcie mnie, że się mylę, bo szczerze wolałbym się mylić.