
Inba o strączki w szkolnych stołówkach
Z powodu nadchodzącego wielkimi krokami nowego roku szkolnego rozpoczęła się tradycyjna inba dot. szkół i ich niszczenia (według zwolenników opozycji) lub ratowania (według zwolenników koalicji). W tym roku tematem, który wzbudził wielkie poruszenie w social mediach (pod niektórymi postami po kilka tysięcy komentarzy), poza obowiązkową edukacją zdrowotną bez komponentu edukacji seksualnej, są „zmiany i nowe przepisy dotyczące żywienia dzieci i młodzieży w szkołach i przedszkolach“ wprowadzane pod hasłem „szkoła - przestrzeń zdrowego odżywiania“ przez Ministerstwo Zdrowia i Sanepid (chociaż jako że chodzi o edukację, to obrywa się ministrze Nowackiej).
Co ma zostać zmienione? Między innymi mocniej ograniczona ma być sprzedaż produktów przetworzonych w szkolnych sklepikach, zwłaszcza tych bogatych w proste cukry i niezdrowe tłuszcze (typu olej palmowy). Zmiany dotyczą jednak także tego, co ma stanowić główny element obiadów podawanych na stołówkach i to właśnie ten element wzbudza ogromne, na marginesie zupełnie niezrozumiałe dla mnie, emocje. „W skali tygodnia jadłospis powinien obejmować m.in.: co najmniej jedną porcję ryb, jedną potrawę z roślin strączkowych bez dodatku produktów odzwierzęcych, dwie porcje świeżego mięsa...“. A więc w najbardziej „wege“ scenariuszu dziecko otrzyma w ciągu tygodnia 60% obiadów opartych na mięsie (ryba to mięso, wbrew założeniom religii katolickiej, i mówię to jako osoba wierząca) i 40% posiłków mięsa pozbawionych, chociaż w te dni podana może zostać także zupa oparta na mięsnym wywarze.
Informacje o nowych standardach żywienia na swoich profilach w mediach społecznościowych zamieściła Agata Gwiazdowska co wywołało natychmiastową masę komentarzy, oczywiście podchwyconą przez jednoznacznie antyrządowe profile doszukujące się lewackiego spisku.
Zdziwiło mnie natomiast powszechne oburzenie rodziców pod rolką pani Gwiazdowskiej na Instagramie (która wykręciła znakomite zasięgi jak na konto tej wielkości). Pojawiło się kilkaset komentarzy o „zmienianiu dzieci w wegetarian“, „niedoborach białka u dzieci“, o tym, że dzieci będą głodne bo nie zjedzą roślin, że szkoła to nie miejsce na takie eksperymenty oraz że panie kucharki dobrze wiedzą jak karmić dzieci. Oczywiście pojawiły się też teorie spiskowe o depopulacji przez WHO, o wprowadzeniu mięsa z probówek, zatruwaniu ludzi GMO, soi powodującej raka i wzrost biustu u chłopców (który podobno już jest widoczny, mimo że polskie dzieci praktycznie nie jedzą soi wcale) oraz trującej fasoli niszczącej tarczycę czy niszczeniu jelit przez błonnik.
Oczywiście część tych teorii ma ziarnko prawdy jednak przechodząc do meritum nie mają nic wspólnego ze stanem faktycznym. Zjedzenie jednego pozbawionego mięsa posiłku nie wywoła u polskich dzieci niedoboru białka ani anemii. Zwłaszcza, że w kraju stosunkowo rozwiniętym naprawdę trudno jest doprowadzić się do znacznych niedoborów białka. Białko roślinne nie jest pełnowartościowe ale dodając do niego chociażby kaszę jesteśmy w stanie uzyskać pełen zestaw aminokwasów. Fitoestrogen ≠ estrogen.
Chciałbym dowiedzieć się co o tym sądzicie bo naprawdę nie spodziewałem się aż tak negatywnego odbioru próby urozmaicenia diety polskich dzieci. To nie jest zakaz mięsa, to reakcja na statystyki, które pokazują, że 60% dzieci nie je warzyw codziennie. Być może rodzicom zakodowano schemat: obiad = mięso, ziemniaczki, surówka i taki też przekazują swoim dzieciom. Już pomijam współczesne paranoje dietetyczne typu dieta KETO czy paniczny lęk przed glukozą i insuliną.
Nowe zasady żywienia w szkołach od 1 września 2026 – Powiatowa Stacja S–E w Gdańsku