Jest mi przykro ze względu na studentów z którymi studiuję
Czuję, że w środku wybuchnę i muszę to napisać. Nie zdradzę, na jakiej niepublicznej uczelni studiuję, ale żal mi studentów, z którymi studiuję. Obecne studia robię bardziej po to, by „zaliczyć i otrzymać papierek". Jest mi jednak żal innych studentów, ponieważ sam wcześniej studiowałem na uczelniach publicznych i wiem, że zdarzają się gówniane wykłady – i nawet mogą się zdarzać często – ale zawsze znajdą się takie wykłady czy ćwiczenia, które sprawiają, że wiem, dlaczego wybrałem konkretny kierunek. Pamiętam rozmowy ze studentami, przy których sam czułem się mało oczytany i głupi. Pamiętam wykładowców, którzy potrafili zarażać pasją, którzy naprawdę interesowali się swoją dziedziną, a nie czytali tylko z kartki, żeby odbębnić swoje i wrócić do domu.
Żal mi ich również dlatego, że dla wielu osób, z którymi studiuję, może to być pierwszy w życiu kontakt ze studiami w ogóle. Tymczasem moja obecna uczelnia nie oferuje nic. Wykładowcy przychodzą, żeby poczytać z kartki i odbębnić swoje obowiązki – nie ma w nich pasji, motywacji ani zaangażowania. Większość zaliczeń jest trywialna i nie sprawia żadnego kłopotu.
Mniej żal byłoby mi ludzi, którzy wcześniej studiowali już gdzieś indziej i coś skończyli, jednak wątpię, żeby stanowili większość. Z drugiej strony właśnie teraz dostrzegam, jakie miałem kiedyś szczęście – i właśnie ten fakt jeszcze bardziej wprawia mnie w smutek.